Walentyna Szczombrowska

 

1927-2015

Przyszła na świat i wychowała się na Kresach Wschodnich. Niedługo po urodzeniu jej matka została aresztowana przez władze ZSRR i skazana na karę śmierci. Przez cztery lata przebywała w więzieniu, jednak wyroku nie wykonano, bowiem znajdowała się na liście jeńców wojennych, których Polska zamierzała wymienić za ujętych Rosjan.

Kiedy wybuchła wojna, Walentyna przebywała na Wołyniu. Przetrwała trudne czasy, gdy ze wschodu nadchodziła Armia Czerwona, a w najgorszym okresie zdecydowała się uciekać w głąb kraju. Z dala od rodziny i przyjaciół, niepewna swojego losu, bez środków do utrzymania, polegała na dobroci innych ludzi i własnej pracowitości. Przesuwający się na wschód front niemiecki zastał ją we Lwowie, a potem wraz z wycofującymi się żołnierzami przedostała się do Krakowa. Jakiś czas później, kiedy sytuacja się uspokoiła, udało jej się dostać do Wiednia, gdzie w końcu odnalazła swoją siostrę.

O tym i o innych rzeczach Ciocia opowiedziała mi i kilku innym osobom z naszej rodziny w krótkiej rozmowie…

 

„Mój los to się plątał w okropny sposób”

 

I

 

W gimnazjum to nie byłam przed wojną, siostra była, w Warszawie.

Skończyła celująco podstawówkę i wyjechała z Korca[1], gdzie byłyśmy w internacie. Gimnazja dużo kosztowały przed wojną, dziecko trzeba było wyposażyć w mundurki, płacić czesne. Siostra w nagrodę została wysłana, przez świadectwo celujące… Jak stypendium zagraniczne, tak to się wtedy liczyło. Duży zaszczyt.

Dla nas Warszawa, stolica, to było coś, taki człowiek był dziki. Z Józiem[2] myśmy wychodzili na dworzec, bo Zosia przyjeżdżała na wakacje do Równego[3]. Wcześniej, zawsze lato w Równym spędzaliśmy, bo tam rodzice mieszkali, a my wtedy w internatach. Ja i Zosia w Korcu, a Józio na Wileńszczyźnie, w Nowogródku.

Wala Szczombrowska trzecia od prawej (jej siostra ostatnia po lewej razem z mężem, Feliksem).

Tak nas rozdzielili, trójkę dzieci. Józio bardzo do nas tęsknił, okazuje się, a my we dwie byłyśmy. Zosia była słabiutka, ja mocniejsza, ale zawsze o mnie dbała. Łóżko mi ścieliła, budziła mnie w nocy, pilnowała. Chciała zawsze zmusić mnie do nauki, a ja chciałam przez sznurek skakać na podwórku… to chciała mnie bić, a ja jej oddawałam. Pytali Zosię w szkole: czy to na pewno jest twoja siostra? Bo tak słabo się uczy.

Ja ci powiem, to czteroletnie gimnazjum i przedwojenna edukacja, to było, mnie się wydaje, dużo więcej niż teraz matura. Mimo że nie było komputerów, to ta wiedza była duża. I była szanowana. Taki Masiukiewicz miał ukończone cztery klasy gimnazjum, a był wspaniałym ekonomistą, gospodarzem, i wiedzę miał dużą.

Teraz, widzę na tych teleturniejach, nawet na podstawowe pytania nie potrafią odpowiedzieć. Także wtedy to się liczyło, gimnazjum. Ale wybuchła wojna, to Zosia musiała wrócić. I coś trzeba było robić, żeby przeżyć.

I co robiłyście?

Zosia zrobiła taki kurs dodatkowy, ale i bez tego jak pokazała świadectwo z gimnazjum, to już wszędzie przyjmowali. Uczyła dzieci w szkole… głos sobie przy tym zniszczyła, bo uczyła tańczyć, śpiewać, pozaszkolne takie prowadziła z nimi zajęcia, bo chciała żeby tak kulturę zdobywali.

Ale była na Wołyniu? A potem pojechała do Wiednia?

O, do Wiednia to już później, to już byli Niemcy u nas. Pojechała z Henią i Lodzią…

Mój los to się plątał w okropny sposób, ale Zosia… Nie mogła wrócić do gimnazjum w Warszawie, bo tam byli Niemcy, a u nas Rosjanie. Musiała wrócić do domu, a on był we wsi Józefówka. Polsko-ukraińska wieś to była. Przeważnie byli Polacy, ale też Ukraińcy, choć nie było różnicy wtedy, wszyscy się zgadzali jakoś.

Mnie Zosia posłała do szkoły, później Józio posyłał do gimnazjum. Mnie dochowało rodzeństwo.

I jak się ciocia uczyła?

Nie pytaj w ogóle!

Jeden studiował zaocznie prawo, na egzaminie był i później opowiadał: a ja już tak spadałem, a pomaleńko wchodziłem. To ja mniej więcej tak cały czas. A w podstawówce mówili na mnie Pyza. Zosię Śledziem nazywali, bo była chuda i wysoka, potem się to odwróciło. Ale nie, nie było najgorzej później ze mną, aż takim tumanem w gimnazjum nie byłam.

Była nauczycielka z Józefówki wynajęła mnie kwaterę w Korcu. U ludzi mieszkałam, tak mnie karmili, że do dzisiaj gruba jestem. Józiek raz przyjechał i mnie odwiedził, to zrobili taki obiad, wszystko w tłuszczu, witki jakieś, bogaci byli ci ludzie.

Ja tam nie wiem, ale Zosia płaciła im coś za kwaterę z tej swojej pensyjki, póki chodziłam do szkoły. To była polska szkoła jeszcze wtedy, niezlikwidowana, ale ukraiński i niemiecki były już obowiązkowe. I rosyjski.

W tej naszej szkole, to myśmy się buntowali przeciw Rosjanom i Niemcom, chociaż robili inspekcje. Rosyjski był najważniejszy, na pierwszym miejscu. Mówili nam, że jak nie będziecie umieli rosyjskiego, to rozwiążemy wam tę polską szkołę! Myśmy się tak tego rosyjskiego uczyli, żeby tylko szkoły nie rozwiązali. Do dzisiaj pamiętam taki wiersz Puszkina o kniaziu, któremu wróżbita opowiedział, że zginie przez swojego ulubionego konia. Sprzedał tego konia jakiemuś gospodarzowi, ale nie wytrzymał i pojechał go odwiedzić. A gospodarz mówi, że tam leży nad rzeką, kości jego tylko leżą. Kniaź pojechał ze swoją świtą, podszedł do tego szkieletu, postawił nogę na nim i powiedział: mój przyjacielu, zginąłeś, a ja przyszedłem cię odwiedzić. A w tym szkielecie żmija była i go w nogę ugryzła. I on zginął od tego konia.

Ale ja tego Puszkina znałam całego na pamięć po rosyjsku. Po ukraińsku nie mogłam mówić. A z niemieckim mi dobrze szło, nawet bardzo mi to pomogło w czasie okupacji.

Jak już Niemcy przyszli, to szkoła zlikwidowana była. Z Józefówki wszyscy do Równego pojechaliśmy, Józiowi Zosia załatwiła kwaterę, swoje znajomości miała, zadekowała go. Jak Niemcy przyszli, pracowała w takiej restauracji polskiej, tam kelnerką była razem z Henią i z Lodzią. A później mówiła, że trzeba wyjeżdżać, bo tu nie ma żadnej przyszłości.

W Wiedniu była do końca wojny, do czterdziestego piątego.

A ciocia?

Ja zostałam z mamą w Równym. Dostałam pracę w stołówce, tam gdzie teraz poczta jest. To był taki nowy budynek, a ta stołówka była tylko dla Niemców. W piwnicy trzeba było obierać ziemniaki, warzywa. Później wzięli mnie na górę, piekło się, gotowało.

I stamtąd wynosili, co się dało. Nie można powiedzieć, że kradli, bo to nasze było. Nie Niemców, oni szabrowali po wioskach, brali kury, gęsi, co było pod ręką.

Na tej stołówce pracownice nawet z wyższym wykształceniem były. Taka pani Nowakowska pracowała, dużo takich inteligentnych ludzi było, bo trzeba było się jakoś ratować. Pamiętam, taki duży garnek tam był jak ten stół, trzeba było ciasta w nim wyrobić na naleśniki. Kiedyś wpadłam do takiego garnka, bo druga już wyrobiła, a ja musiałam swój nieść i szłam tyłem, i nie zauważyłam.

A co stamtąd wynosili?

Te panie, takie grube, to brały kiełbasy do paska, pod spódnicę, i wynosiły. Taki smalec czy coś to można było łatwiej. Mnie też można było, bo przysługiwał ci obiad, a ja w pracy nie jadłam obiadu, mogłam mieć menażki. Bo niby mi nakładały na przykład: na spód sześć sznycelków, na to trochę ziemniaków i jeden sznycelek na wierzchu. Jak Niemiec kontrolował to pokazywałaś, że jeden. Także już mogłam żywić innych, innym pomagać.

Mieszkałyśmy z Zosią u takiego emerytowanego, przedwojennego oficera, on miał taki domek. Miałyśmy u niego jeden pokój, była tam jeszcze taka wnęka kuchenna. Wacek od Poluni u nas był.

Ale bałam się sama wynosić, to te panie mnie dawały. Raz, kawałek słoniny chciały dać, ja mówię: nie, tego nie wezmę. Bo ja się bardzo bałam kraść, od dziecka to miałam wpojone, nie wiem. To one wynosiły na zewnątrz za mnie. Tam, którędy szłam, był taki węgiel… wyłożyły, powiedziały: tam leży, masz tylko wziąć.

Przyniosłam taki kawał słoniny, to mama mówi: tyle nie zjemy, trzeba przehandlować. Wyniosła na rynek, sprzedała, kupiła soli… bo na wsi nie było soli.

Już zaczynała troszkę handlować, ale… Zawsze musiała mieć bardzo czyściutko w domu, nawet sama ściany malowała z kaloszami na nogach. Święta się zbliżały, a strych był w sieni i trzeba było po drabinie przejść. Poślizgnęła się, upadła, miała złamanie kości na pewno, bo bardzo cierpiała. Mamę już wtedy by zabrali, aresztowali, ale była obłożnie chora.

W czterdziestym drugim Rosjanie wywozili wszystkich, zabierali.

Wtedy już była bieda, bo nic nie mogła zahandlować, leżała obłożnie chora…

A ojca nie ma.

Ojca już nie było. To jeszcze mama była, jak ojca zabrali. Razem myśmy wychodziły do więzienia, paczuszki nosiły. Ja tam nie mogłam dosięgnąć, bo strażnik miał wysoko okienko, mama rozmawiała zawsze, podawała paczki. I któregoś dnia przyszłyśmy znowu z paczuszką i już nie przyjęli. Wyjechał. A dokąd? A to oni nie wiedzą. No i tak się stało.

Mamę zabrali do szpitala, przywieźli, a tak samo dalej nie mogła chodzić, nie mogła stanąć na tę nogę. Może nastawiali, może coś zrobili, nie wiem. Po jakimś czasie dopiero mama mogła chodzić, długo nie mogła. Wtedy Józio chciał zahandlować, a na Lubomirce[4] był, Polunia też. To było gniazdo rodzinne, tam urodziła się mama, Wincenty, tam Marcinkowscy byli. Mama wyszła za mąż do takiej kolonii, Krasiejówki, a Amela za wojaka wyszła. Później dostał virtuti militari, tak się dobrze w tym wojsku sprawował za czasów Piłsudskiego, w legionach był. A Wincenty został na ojcowiźnie.

Amela to siostra mamy była. Mietek mówił, że Adela, ale ona całe życie mówiła, że Amela. Amela też ładne imię było, a ona była wspaniałym człowiekiem. Taka dobra jak Zosia była. Nadzwyczajna była kobieta, tyle dzieci własnych mieć i tyle cierpliwości, nigdy nie pamiętam żeby miała podniesiony głos. Drobniutka kobieta była, ale szeroką spódnicę nosiła – jak z pola wracały jej maluchy, to łapały za tę spódnicę. Mamo ja chce to, mamo ja chcę to. Już Janio, już, już Tadzio. Po główce każdego pogładziła, już zaraz będzie to, o co poprosiły. Nadzwyczajna była.

A mama się lepiej poczuła w końcu?

Tak, potem już jeździła z tą słoniną. Już jak ja pracowałam w tej stołówce.

Olej można było wynieść, pączki się smażyło między innymi, jakieś tłuszcze były. Chleb się kupowało, ale to był taki… wiesz, ja do dzisiaj ten smak pamiętam. On był nie z żyta, nie z pszenicy… owies tam chyba był, jakiś taki jęczmienny, jakieś takie cegiełki były. Dobry chleb był, bo ludzie piekli i sprzedawali. Ale to trzeba było na rynku sobie gdzieś kupić, dobry chleb od gospodyni. W sklepach kolejki były takie straszne, że w nocy trzeba było stać.

Wala z ojcem, pierwsza z prawej. Zdjęcie wykonano na początku lat '30.Sklepy były rzadkością?

Sklepów było mało, ale i nic w nich nie było.

Mama prała bez mydła, z popiołu gotowała w takich ścierkach lnianych, była miękka woda, dobra do prania. Nie było mydła, ani umyć, ani nic.

Jak mieli coś przywieść, mydło na przykład albo olej, to jeden drugiemu o tym mówił. Każdy wiedział, że przywiozą. Wieczorem się kolejka ustawiała i całą noc stali. Raz, mama mówi, że coś mają przywieść, cukier może, musimy pójść, stanąć w kolejce. I z Zosią poszłyśmy do takiej kolejki już wieczorem. A żeby ich nie było, to jeździli Rosjanie na koniach i rozpędzali.

Czemu im to przeszkadzało?

A bo na cały świat to szło. Fotografowali ludzie, jacyś dziennikarze byli, jakoś to się przedostawało na zachód, a im zależało na tym, żeby Związek Radziecki był najlepszy na świecie. To trzeba było się chować, bo jak cię złapali, to wywozili kilkanaście, kilkadziesiąt kilometrów za Równe i tam cię zostawiali. Musiałaś wracać pieszo, bo zostawili w polu.

Raz z Zosią uciekłyśmy i był jakiś domek z gankiem, noc była. Schowałyśmy się do tego ganeczku, z łomotaniem serca czekałyśmy aż odjadą.

Albo kiedyś stałyśmy, już rano, świt, już będą otwierać sklep, my jesteśmy niedaleko. A nad ranem byłyśmy już prawie na końcu, bo jeden Żyd stał lub kilku od północy, a rano przychodziło ich więcej i mówili, że oni też tu stali. Tamci poświadczali, że tak, stali. I tak się przesuwała ta kolejka.

Byłam świadkiem czegoś takiego – stał dorosły człowiek z butelką na olej, bo trzeba było mieć swoją, to uderzył nią tego Żyda. Poszedł do więzienia, bo Żyda uderzył. Bo Żydzi tak się trzymali. Jeden stał, a rano kilkunastu. I nie mogłeś przy Rosjanach powiedzieć, że Żyd. Tylko jewrej.

A te sklepy kto prowadził?

Państwo prowadziło, była ekspedientka. Ale Żydzi wszystko mieli za czasów rosyjskich. Później już, jak Niemcy przyszli, to byli poniewierani. Ale jak przyszli Rosjanie, to wszyscy okazali się komunistami.

Byłam tam w trzydziestym dziewiątym, jak front przechodził. Były bombardowania, więc mama mówiła, żeby mnie wywieźć. Był znajomy z furmanką. Już, siadajcie na furmankę i wyjeżdżajcie do cioci, bo Równe będzie bombardowane.

Taki Żyd tam handlował, oczywiście naciągał naszych. Mama miała dużo kur, same się lęgły kurczęta, nikt nie pilnował nawet. Koszykami się jajka wynosiło żeby kupić naftę do lampy, soli, zapałki, co tam jeszcze takiego potrzebnego. To on brał wszystko za grosze. Miał tam wszystko i handlował… wyzyskiwał w każdym razie tych rolników.

Szli Rosjanie, to on wyszedł naprzeciw i prawie na kolanach witał ich i dziękował, że w końcu ich wyzwolili. I Rosjanie za chwilę przyszli i rzeczywiście go wyzwolili. Ze wszystkich materiałów, całe bele wynieśli, bo wcześniej tego nie widzieli i chcieli swoim rodzinom posłać.

II

Pięć lat trwała okupacja, ale ja wam powiem, w tym stosunkowo krótkim okresie, w tym czasie mojego życia, zdawało się, że to wieki całe. Tyle się wydarzyło, że trzeba było datować. Jakiś prowadzić sobie taki kalendarzyk, chociaż od czasu do czasu, z tymi ważniejszymi wydarzeniami.

To kiedy ojca zabrali?

Bardzo wcześnie zabrali, jak tylko przyszli Rosjanie. Ojciec liczną rodzinę miał, myśmy z Zosią w czasie okupacji tam jeździły. Było to trzydzieści kilometrów od Korca. Zwiahel. I on tam pojechał, a już był po wyroku kary śmierci w Rosji.

W latach dwudziestych rodzice w więzieniu w Żytomierzu siedzieli, w celi śmierci. Byli politycznymi więźniami, bo raz spotkali jakichś szpiegów z Polski, mama z ojcem dali im furmanki i ich wozili. A Rosjanie tych szpiegów złapali. Kto was woził, kto was nocował, kto was tego. I oni, bici, powiedzieli. I przyszli Rosjanie, aresztowali mamę, za szpiegostwo kara śmierci.

Mama mówiła, że cały czas nasłuchiwała, czy już zgrzyta ten klucz w zamku, czy przyszli już po nią.

Sempołowska[5] i jeszcze jedna, taka działaczka była. Przyjechały do Żytomierza, spotykały się z polskimi więźniami. Jeszcze wtedy Stalina nie było przy władzy, a może był. Przyjechały jako emisariuszki z polski i mamę poznały. Całą historię mama im opowiedziała. Te panie powiedziały, że postarają się o ich zwolnienie, że szukają politycznych więźniów, bo ma być wymiana.

Polska też miała rosyjskich szpiegów, bo Rosjanie szpiegowali na naszym terenie, a my na terenie Rosji. Wymiana miała być taka, dwudziestu z tej strony i dwudziestu z tamtej. Mama wspominała, taka kreska na granicy była i równocześnie mieli przekroczyć, ci w jedną stronę, ci w drugą. Według tej umowy między państwami. I mówi: my patrzymy,  panowie idą w kapeluszach, białych koszulach, a my w łachmanach. Okropnie wyglądała. A z drugiej strony państwo idzie jakieś, jacyś panowie.

Z tym że to była Polska, co dopiero odzyskała niepodległość, więc nie mogła dać za wiele naszym wracającym.

Wiem od mamy, że pytali: macie do kogo wrócić? My dzieci sprowadzimy, ale nie wiem czy państwo będzie mogło utrzymać tyle. Mama mówi: nie, ja mam swoją ojcowiznę, tam mój brat jest i ja będę u brata. I myśmy przyjechali rzeczywiście do wujka.

Mama napisała do Piłsudskiego, rząd się zainteresował. Józia do Nowogródka dał, nas gdzie indziej. Może takie miejsca tylko były, w każdym razie we trójkę nie byliśmy. No i dostali pracę – ojciec w szkole woźnym był, a przed wojną woźnemu bardzo dobrze się powodziło. Ale ojciec już pił.

I dlaczego go aresztowali? Bo jak przyszli Rosjanie, to ojciec tęsknił za rodziną i chciał koniecznie pojechać odwiedzić tę rodzinę. Mama się sprzeciwiała: słuchaj, mogą ciebie odkryć i ten. Mówił: nie, teraz jest inne prawo, inna władza, i pojechał. Wrócił, przywiózł nawet jakieś prezenty od tej rodziny, jakieś materiały dla mnie na sukieneczkę, coś tam. Już nie pamiętam, ale bardzo się cieszył.

Rosjanie od razu wiedzieli, że przyjechał taki, który był sądzony. Był już na jakiejś liście, więc przyszli, ale mama była chora z tą nogą, i w ten sposób została. Ale Rosjanie nikomu do ostatniego pokolenia nie darowali…

A kiedy ciocia do Krakowa pojechała?

Przedtem był Lwów. Dosyć długi. I jak to się stało, że myśmy się z Zosią rozstały…

Zosia już była w Równym, Józio z Janką już pojechał do Niemiec… z dzieckiem. Halinka się nazywała, w czasie okupacji zmarła. A ja z mamą byłam w Równym. I pewnego dnia Helena Zabłocka, ja nie wiem, czy to były takie dobre znajome, czy kuzynki, jechała do Lwowa i w Równym się zatrzymała. Przyszła do mamy się pożegnać i mówi, że jedzie do Lwowa bo tutaj ci Rosjanie są, a że we Lwowie ma znajomych, pracę dostanie, to nie zginie. A ty co myślisz, Kaziu? – pyta mamę. A ja siedzę. No ja nie wiem co – mówi mama – my mamy zebrać się na taki wagon. Bo sąsiedzi i znajomi mieli go wykupić od Niemców, dać łapówkę, żeby można było jakieś rzeczy przewieźć i dostać się do Lwowa. Tylko trzeba było czekać na odpowiednią chwilę, bo ten Niemiec z którym byli umówieni nie mógł ot tak podstawić wagonu żeby się załadować. Na tę łapówkę musieli wszyscy się złożyć, mama też się złożyła. Jakiś mebel, pościel załadujemy i pojedziemy do tego Lwowa – mówiła nam.

I jak ta Helena zapytała, co myślisz Kaziu, to mama jej odpowiedziała, że mamy taką perspektywę, ale trzeba czekać. To Helena mówi: ja jadę tam już, daj mi Walę, ja z nią pojadę, a ty dojedziesz. Z Walą już będziemy jakoś uporządkowane, może dostaniemy jakieś mieszkanie gdzieś. Mama mówi, dobrze. Ja mówię, mamo, ja nie chcę jechać właściwie. Nie, jedź, jedź – powiedziała.

Bo ja pani Heleny nie znałam w tym czasie, myśmy nie miały kontaktu przed wojną, ale mama miała, znały się. I z panią Heleną pojechałam do tego Lwowa. Rzeczywiście tam przed wojną pracowała, miała dużo znajomych. A we Lwowie nie wchodziło się do bramy, zanim się nie zapowiedziało. Na przykład: HELA! Ktoś się wychylił, rozpoznał, a to dobrze, wchodź, przychodź, mówił. Nie pukało się do drzwi, tylko ryczało. I ktoś się odzywał, jak usłyszał znajomy głos.

Helena znalazła pracę w stołówce, takiej niemieckiej, bo trzeba było Niemców karmić. A mnie tam wzięła do pomocy, do zmywania, podawania, do wszystkiego. Przynieś, podaj. Jedenaście, dwanaście lat miałam, ale zawsze określali mnie, że jestem bardziej dorosła niż wyglądam na to.

Szybciej musiała ciocia dojrzeć.

Tak, tamto życie kształciło. Czekałyśmy na transport do Lwowa, a tu w radiu mówią, że Równe już zajęte przez Rosjan. I perspektywa zobaczenia się z mamą już do zera zmalała. Bo to Niemcy są we Lwowie, a w radio podali, że Rosjanie Równe zajęli. Front wtedy szybko się posuwał naprzód.

Ja byłam w rozpaczy – wprawdzie pani Helena bardzo mnie matkowała, modle się do dzisiaj za jej duszę, bardzo dobra była dla mnie, bardzo opiekuńcza. I córkę miała, Wandę, była starsza ode mnie i Zosi.

I jak długo byłyście we Lwowie?

Jak front rosyjski się zbliżał, to Niemcy uciekali ze Lwowa i nas zabierali jako swoich pracowników za darmo, bo nikt nam nie płacił, tylko jedzeniem. My pracowałyśmy w takiej restauracji, z Heleną i Wandzią. Tam było dużo Polaków w obsłudze, dużo rodzin.

Robiliśmy wigilię kiedyś, pani Helena szykowała wszystko, łóżka Niemcom, robiło się na wigilie gęś. Tutaj też, na Śląsku, robią – a jak mówią o tych gęsiach, to ja sobie przypominam te wigilie… Więc im się piekło te gęsi, oni pożarli, myśmy musiały pomyć naczynia, posprzątać. A mieszkaliśmy na takim strychu, wspólne to było mieszkanie, małe pokoiki. W jednym pokoju położyła na stole pani Helena biały obrus – prześcieradło pewno wzięła – elegancko, przyzwoicie, choineczkę jakąś zrobiliśmy. Wszyscy Polacy, cała obsługa, zebrali się na tę wigilię, opłatek był, Wanda bardzo ładnie śpiewała. Ja wtedy też jeszcze nieźle śpiewałam. To zaśpiewajmy kolędy, padło. Pierwsze jakieś słowo wydusiliśmy… i wszyscy ryczeliśmy.

A jedzenie stało.

Niemcy posłyszeli, że tam jakiś gwar jest na górze, przyszli, zobaczyli stół, rarytasy. Wyżarli nam wszystko, a myśmy się łzami pocieszyli na tę wigilię. Każdy gdzieś miał jakichś swoich. Ja bez mamy, ten kogoś stracił, tamten kogo innego… Ten brata nie widział, nie wiedział, gdzie jest. Jak to w czasie wojny było.

W każdym razie myśmy zaintonowały tę kolędę i wszystko ryczało, każdy się tulił do każdego, niby życzenia składaliśmy, ale to trwało długo. Niemcy przyszli i powyżerali nam wszystko, a my po łzach, po głodniaku, poszliśmy spać.

A do Krakowa?

Kazali jechać. Niemcy wyjeżdżali, bo Rosjanie nacierali, i kazali też jechać wszystkim Polakom. Była taka Jadzia z rodziny Sawickich, bo tam były rodziny całe.

Już z panią Heleną nie mieszkałam, z Jadźką mieszkałyśmy same. W piwnicy siedziałyśmy, już spakowane, bo Niemcy będą ładować i my też musimy jechać. Ale gdzie, to nie wiadomo. Będą nas ładować i wieźć.

I Jadźka, ona była starsza ode mnie, przychodzi do tej piwnicy i mówi do mnie: przyszłam do ciebie się pożegnać. Ja myślę, jak to? Ona nie jedzie, a ja muszę jechać? Jadźka, a ty gdzie? Mówi: my tu zostajemy w Krakowie, nie ruszamy się z Krakowa. Zostajemy z rodziną. Ja pytam: ty mnie zostawiasz? Ona: a ty chcesz zostać? Ja: A pewno, że nie chce jechać. To chodź, mówi, a ja pytam: dlaczegoś mnie nie mówiła? Nie mówiła, bo bała się pani Heleny, że mnie nie puści, że powie Niemcom.

A wcześniej Sawiccy nawiązali kontakt z zakonem takim, już nie pamiętam jakim, oni mieli ogromną piwnicę i zgodzili się przyjąć tych Polaków, w tym rodzinę Jadźki. Oni byli przygotowani, ja nie. I dopytywała jeszcze, jak powiedziałam, że nie chce dalej jechać z Niemcami. A chcesz na pewno? No przecież, czego nie mówiłaś! I ona wzięła moją walizkę… ale co tam w tej walizeczce było, śmieszne rzeczy.

Tam, gdzie pracowałyśmy ostatnio, to był jakiś budynek uniwersytecki. Ogromne korytarze i długie, i my po ciemku, Jadźka przede mną. Żeby cichutko, żeby się nie potknąć. Zdawało się, że idę za nią bardzo długo. W końcu wyszłyśmy na ulicę i zaprowadziła mnie do piwnicy tego zakonu. Byli Sawiccy. Ucieszyli się, że ja jestem i mnie karmili przez kilka dni bo oni byli już przygotowani, wcześniej planowali, a nie mówili, bo się obawiali, że Helena się dowie i udaremni im to pozostanie.

Na węglu rozścielili jakieś koce, czy co, i tam spałyśmy. Karmili mnie, mieli jedną więcej gębę do wykarmienia, ale to trwało kilka dni, może tydzień. Tam było nas dużo, cała piwnica Polaków. I pewnego ranka wyszedł rano taki jeden na ulicę – bo myśmy siedzieli cichutko w piwnicy – i mówi, że przyjdą Ukraińcy. Że nas powyrzynają, nie banderowcy, tacy gorsi, mordercy. Że z Rosjanami idą.

W takiej ogromnej niepewności byliśmy… ten człowiek poszedł potem znowu, wrócił, mówi: Rosjanie są już na ulicy. My do niego: panie, nie żarty teraz! W takim momencie pan sobie żarty stroi? A on pokazuje rękę: ja już bez zegarka jestem.

Na dowód tego pokazał jasny pasek na ręce. I już go wyzwolili z zegarka. Wtedy mu ludzie uwierzyli, bo wcześniej wszyscy się rzucili na niego, że się go takie durnoty czepiają. I mówił też, że widział polskiego żołnierza. To już duch w nas w wstąpił.

Po jakimś czasie wyszliśmy z tej piwnicy.

Wala (z prawej) z siostrą, Zosią.Wcześniej, jak jeszcze z Jadzią mieszkałam, zastanawiałyśmy się. Słuchaj, jak się wojna skończy, co my będziemy robić z tymi Niemcami? Każemy im buty poczyścić? Jak się będziemy mścić?

Ja z Jadzią mieszkałyśmy u takiego pana Anzelma, on na pewno jakimś adwokatem czy filozofem był. Miał kamienicę, a w piwnicy małe mieszkanko. I w takim pokoiku w tej piwnicy nas zakwaterowali, nie wiem czy na własną rękę znalazłyśmy tę kwaterę, raczej Niemcy dla nas znaleźli. Ten pan Anzelm i jego żona z nami nie rozmawiali, mieli jakiś tam ogródek, nawet jakieś drzewko w tym ogródku, i okna tam wychodziły z piwnicy. Jak przyszli Rosjanie, to my z Jadzią byłyśmy jeszcze u tego pana Anzelma, tam żeśmy trafiły. I ten pan zainteresował się: dziewczyny, co wy teraz będziecie robić, po wojnie? Jadzia mówi, że jest z ciocią i wujkiem, i wracają do domu. Więc mówi: my wyjeżdżamy do Jarosławia, a ty? Ja mówię, nie wiem co, muszę szukać rodziny. A pan Anzelm mówi, że da mi list polecony do swojego brata, żebym dostarczyła do urzędu wojewódzkiego, do wydziału zdrowia. W zamkniętej kopercie dał mi ten list i nazwisko. Powiedział, że jak pójdę, to da mi pracę do czasu, jak się porozumiem z rodziną.

I poszłam, a tam był lekarz wojewódzki. Wpuścili mnie, bo miałam list. Popatrzyła sekretarka, poznała może pismo, wpuściła mnie przed oblicze tego lekarza. Popatrzył na mnie i zapytał: co pani powie na kurs dezynfektorów, z żywieniem? Tacy dezynfektorzy mieli po wojnie co robić. Czy ja się zgadzam, pyta. Ja mówię tak, a kurs był w Krakowie.

Baraki takie tam były, na kursie może z trzydzieści, czterdzieści osób, takie parterowe domki. Ciepło, bo lato było, czterdziesty piąty rok. I słyszę, że zza okna – bo miałam w pokoiku – ktoś pyta o Walę Hołowańczuk. Ja się wychylam, a to moja Zosia.

Takie było serdecznie przywitanie… i ja poszłam do kierownika, powiedziałam, że moja siostra przyjechała, czy może ze mną spać. No i ją zakwaterował, byłyśmy kilka dni zanim Zosia wyjechała na Wołyń.

Kurs się kończył, ja już dostałam przydział do Liszek pod Krakowem, teraz już należą do Krakowa. Także myśmy, jeszcze z Zosią, pojechały do tych Liszek, tam u takiej rodziny dostałam pokoik z wyżywieniem, odpłatnie. Poszłam do gminy, żeby podjąć tę pracę swoją dezynfektorską, ale nie mieli nic dla mnie. To na razie będziesz jeździła, spisywała straty wojenne. Były tam zniszczone pola, tyle hektarów czy arów ziemi z pszenicą, żytem. Płot rozwalony czy chałupa, trzeba było opisać te straty. Ja jeździłam z wójtem czy innym urzędnikiem i byłam taką sekretarką.

Był też tam taki felczer, lekarz, szczepił dzieci na ospę i inne. Przydzielili mnie w końcu żebym jeździła z tym lekarzem. Trzeba było spisać dzieci, datę, wieś, i tak dalej. Pojechałam z nim za trzecim razem, i on mówi, że nie ma czasu, ma tyle zajęć, bo tylu ludzi choruje po wojnie, nie ma czasu na szczepienia i widzi, że ja jestem inteligentna – tak powiedział. I ty będziesz szczepiła. Ja mówię: panie doktorze, w żadnym wypadku. Bo widziałam jak rani to ramionko dzieci tych powojennych… takie zaniedbane to było, matki nie wiedziały nawet, kiedy się dziecko urodziło. Pani, to było na wiosnę? Czy jak zbieraliście zboże? Czy spadały liście? Nic. Taka była ciemnota. I on mówi, że następne dziecko wchodzi, ani rodzice, ani nikt się nie może zorientować, że pierwszy raz to robisz. Pokazał jak odkazić, do buteleczki nabrać, drasnąć krzyżykiem. No i ja robiłam. Bardzo dobrze robisz, ja już nie będę musiał jeździć, mam tyle zajęć, ludzie chorują, gruźlica, wszystko.

I jeździłam szczepić te dzieci, a potem drugi raz żeby skontrolować, czy się przyjęła szczepionka, czy nie.

Aż przyjechała Zosia z mamą do Krakowa. Zosia już wiedziała, gdzie jestem. I mówią, że jadą do Józia, i że zabiorą mnie jak będą wracać. Ale mama pojechała sama, Zosia została, potem razem jechałyśmy transportem do Oławy. A Józio zmieniał miejsce zamieszkania cały czas, mama mu mówiła: na jednym miejscu pień obrośnie mchem, a ty ciągle zmieniasz, nie dorobisz się niczego. Mądre takie powiedzenie było.

W Oławie, jak już przyjechałam, Józio posłał mnie do gimnazjum, do drugiej klasy. Pięć lat przerwy w nauce i od razu po tej szkole podstawowej do drugiej klasy gimnazjum. Ja mówiłam, że nie chcę iść, muszę zarabiać, nie będę na twoim utrzymaniu, pójdę do pracy. On mówił: nie, ja się czuje winny wobec was. Pytałam, a czegoś ty się mnie czepił? Czep się Zosi!

A Zosia pojechała do Świerczowa, dostała pracę nauczycielki. A my w Oławie z mamą, ja już kończyłam to gimnazjum.

A w którym roku ciocia brała ślub?

Ja? W pięćdziesiątym drugim.

A Zosia?

Czterdziesty szósty. W czterdziestym piątym, już po wojnie, pojechała do Świerczowa, uczyła, a Felek tam był. Poznali się i…

I potem Polunia ich pociągnęła na „ziemie odzyskane”?

Polunia tam była, ale ja nie wiem, kto kogo ściągnął. Felek pojechał tam i zajął gospodarstwo. Mieli tam, w Wilkowie, taką Niemkę., Helga na nią mówili, ale tak się nie nazywała. Gosposię, która im gotowała. Wtedy ludzie się odwiedzali, jeden drugiego po wojnie szukał. Marylka Muszyńska się znalazła. Ktoś odwiedzał, to Zosia mówiła do Helgi: niech pani może jajecznicy zrobi? Jak kogoś nie lubiła, to odpowiadała, że nie ma jajek. A jak ktoś przyjechał kogo lubiła, to sama już robiła. A jak nie, to nie ma proszę pani, nie ma jajek. A Zosia nie miała głosu. Jak wysiedlali, to ta Niemka bardzo nie chciała wyjeżdżać, bardzo Zosię polubiła, jak córkę.

Tam ślub był, w domu. Nie w restauracji. Teraz czekają po pół roku czy rok na restaurację.

A jak to było u Niemców, co trzeba było robić?

Trzeba było wszystko. Ja w tym Lwowie miałam na przykład za zadanie rozpalić, zanim przyjdą Niemcy do pracy i do biur. A piece były kaflowe. Trzeba było napalić, umyć ręce, iść do kuchni, coś tam pomagać, a później podawać do stołu. Potem do obiadu pomagać, trzeba było wstać o szóstej godzinie rano, kawałeczek był, trzeba było dojść. A zakwaterowana byłam z Heleną i Wandzią wtedy.

A taki był Niemiec przyzwoity, starszy już, nie wiem co on tam robił, gospodarzem był. Taki wysoki, chude ręce miał. Nieraz się spóźniłam, żeby zapalić w piecu, bo chciało mi się spać po takim całym dniu… a żeby zapalić w tych piecach to trzeba było na drugie piętro wnieść węgiel i drzewo. Jak zima była, to zamarzło i trzeba było gołymi rękoma grzebać żeby nabrać samego węgla do tych wiader. Czasem ten Niemiec przyniósł, jak się spóźniłam, ale tą chudą, długą ręką groził mnie. Pamiętam tę rękę jego. Wali, znowuż się spóźniłaś.

Ale taki był przyzwoity, bo on mi pocztę dostarczał. Jak dostałam list od Zosi czy od Józia, to czytając łkałam, jak ten pies skomlałam. To mówił zawsze, że mam coś dla ciebie, ale musisz mi obiecać. Ale co pan? – pytałam. Że nie będziesz płakać. Ja już wtedy wiedziałam, że ten list jest.

Po niemiecku rozmawialiście?

Ja już świetnie w czasie okupacji mówiłam po niemiecku, bo w tej naszej polskiej szkole mieliśmy i niemiecki, i rosyjski, gramatykę dobrze poznałam. Potem się osłuchałam, poznałam słówka. To każdy Niemiec pytał: skąd ty tak dobrze znasz niemiecki? Mówiłam, że uczyłam się w szkole… może trzeba było mówić, że jestem pochodzenia niemieckiego, to by mnie inaczej traktowali, ale to nigdy nie przyszło mi do głowy. Ale swobodnie porozumiewałam się i bardzo dobrze rozumiałam. Oni nie mogli się nadziwić.

Na mnie Niemcy mówili Wali, na Jadzię Hedwig[6]. I tak zawsze mówili: Wali, ty i Hedwig to trzymacie nóż na nas. Ja mówię, panu się tak zdaje. Mówiłam, pan ma bujną wyobraźnię.

Ale był taki Niemiec, Nowak. Tak się nazywał, musiał być pochodzenia polskiego, bo zachował to nazwisko. On był bardzo blisko szefa naszego, któremu czyściłam buty.

Czym się czyściło?

Pasta była. Ale do pokoju się nie wchodziło. Do przedpokoju wystawiał i trzeba było wyczyścić. Ten Nowak był bardzo dobry dla Polaków. On kiedyś dał nam poszwy… i Helena mówi, że z tego sukienkę mi zrobimy. Może nie same, ale ktoś tam musiał szyć z naszych, bo do krawcowej nie było za co, nie było czym płacić. Bo ci Niemcy nam nie płacili.

I Nowak nawiązał kontakt z Zosią. Mówi, że jedzie do Wiednia, a ja mówię, że mam siostrę w Wiedniu. Tak? – pyta. A co chcesz przekazać? Mówię: wziąłby pan jakąś paczuszkę malutką? Bo czułam, że on jest taki życzliwy, chociaż tego tak nie okazywał. Wyczuwało się. I mówi, że weźmie.

No i co tam w tej paczuszce? Czasem takie pierniczki, ale nie w czekoladzie. Chciało i się to zjeść, ale chowałam. Papierosy czasem dostało się od kogoś, a wiedziałam, że tam za papierosy można przehandlować wszystko. W ogóle, w Krakowie i Lwowie dużo się paliło. Ludzie stali i czekali, jak Niemcy szli. Jak przeszli, to Polacy rzucali się na ziemię i zbierali.

Coś tam przekazałam, miałam adres, bo korespondowałyśmy. On dzwonił, że ma paczkę od siostry i Zosia przychodziła, odbierała.

I jak ciocia znalazła się w Wiedniu?

Dzięki temu Nowakowi.

Tak gdzieś przed świętami Bożego Narodzenia zbierałam naczynia po kolacji, wszyscy zjedli, ja sama byłam w stołówce. Na płacz mi się zebrało, bo Boże Narodzenie, a ja sama, nie wiem co z mamą, nie wiem co z Zosią, Józiem… nikogo nie było, to sobie mogłam pozwolić. I wszedł Nowak.

Patrzy, że tak ryczę i pyta, czego ja płaczę. Żebym mu powiedziała. Mówię, że to nic specjalnego. Może kto cię obraził, może coś? I żebym powiedziała. No to mu się zwierzyłam, że smutno mi jest na duszy. Że bez rodziny, święta. On chwilę pomyślał, pomyślał i mówi: idź do Eichmanna – tak się nazywał ten szef, co mu buty czyściłam – i poproś, żeby pozwolił ci pojechać do Wiednia, bo my tam jedziemy. Ja tego Eichmanna bałam się jak ognia. I mówię: proszę pana, ja się go tak strasznie boję, a pan mi takie rzeczy opowiada, w żadnym wypadku nie pójdę.

I poszłam na górę, a dużo nas tam mieszkało. Później tylko ja z Jadzią… kilka miesięcy, ale zdawało się, że wieki.

Już zapomniałam o tej rozmowie z Nowakiem, otarłam łzy, wymyłam naczynia, siedzę na górze. Taki Niemiec był tam, nie pamiętam jak się nazywał, krzyczy: Wali, ja wychodzę, a szef cię prosi! Ten Eichmann. Myślę, może źle buty wyczyściłam? Będzie mnie rugać.

Ale przychodzę, a on jest w anielskim nastroju, z polską kochanką, chociaż jego żona też tam przyjeżdżała. Ale ta Polka to była jakaś agentka na pewno. W każdym razie oni siedzą, rozanieleni, to sobie przypomniałam o rozmowie z Nowakiem.

I ten Eichmann mnie pyta: słuchaj, dlaczego ty się mnie boisz? Nowak widocznie powiedział, skorzystał z tej sytuacji dobrej, dobrego nastroju, i powiedział.

Dlaczego się boisz? – pyta Eichmann. Ja się nie boję pana, tylko pan Nowak powiedział żebym przyszła w takiej sprawie, ale wiem, że to niemożliwe…

Zresztą zaczęłam mówić po polsku, bo widziałam, że ona jest Polką. Potem mu tłumaczyła to wszystko. On zawołał takiego swojego administratora i mówi, żeby mi wystawił Marschbefehl[7], taki żołnierski rozkaz wyjazdu. Administrator na mnie popatrzył, ja na niego, mówi, że to chyba niemożliwe. Tak, masz dla niej przygotować Marschbefehl.

Ta Polka powiedziała, że dobrze się składa, bo my wyjeżdżamy wszyscy. Ja jadę pociągiem, a oni samochodem, Nowak z Eichmannem. To ja zabiorę cię ze sobą, a Nowak odbierze cię na dworcu.

I tak się stało. Ona podała mi swój adres, miała taki apartament ze służącą. Przyszłam tam z wyprzedzeniem półgodzinnym. Miała maszynę do pisania, coś pisała, jakieś raporty. Myślę, pewno jakieś tajne, bo cichutko siedziała jak mysz pod miotłą. Dorożkę zamówiła i nią na dworzec pojechałyśmy. Kupiła bilety, a ja musiałam pokazać wszystkie dokumenty. Świadectwo zdrowia, coś tam jeszcze, Eichmann spowodował, że wszystko dostałam.

Tydzień pobytu, a potem miałam wrócić.

Z tą Polką dostałyśmy przedział dla siebie, bo ona od razu dała konduktorowi papierosy, jakąś tam łapówkę i powiedziała, że my śpimy i nikt nie ma prawa tutaj zaglądać, poza nim. On: jawohl! i wychodzi. Ja nie wierzę, że mnie nie wyrzuca. Ona położyła się i śpi, a ja w to okno się gapię i zastanawiam, kiedy granicę będziemy przekraczać, gdzie ta granica?

Nad ranem przyjechałyśmy do Wiednia. Patrzę za moją walizeczką – jak miałam jechać, wszyscy na górze się złożyli, żeby mnie wyprawić. Nawet mnie do fryzjera pierwszy raz w życiu z tymi lokami zaprowadzili. Jakoś te pieniądze się znalazły, każdy dał swoją dolę, ale nie wiem, skąd mieli.

Kupili boczek na rynku, na takim targowisku. Coś słodkiego, papierosów kilka paczek. I tę swoją walizeczkę drogocenną miałam, na którą wszyscy się złożyli. A walizeczka była obskurna, powycierana.

Jak wyszłyśmy z pociągu w Wiedniu, to ten bagażowy… zabrał mi tę walizeczkę! Biegnę za nim, a ta Polka krzyczy: nie bój się, stój! Mówię: Nie proszę panią! On mi ukradnie to! Tak się martwiłam o tę walizeczkę, a ona mówi powoli, powoli. Ale długo żeśmy szły, zanim zobaczyłam tę moją walizeczkę, a już myślałam, że jej nie odzyskam. I boczku tego nie odzyskam, bo też był.

Boczek później jadłyśmy z Zosią, Henią i Lodzią… ale nie w domu, powiedziały, że tak nie będziemy jeść – idziemy do restauracji, żeby Szwaby widziały, że boczek jemy. Kroiły go tak ostentacyjnie.

Oprócz tego papierosy miałam w tej walizeczce. Nie paliłam wtedy, bo bym ich nie dowiozła. A za papierosy to już chleb można było kupić.

Trudno wam sobie wyobrazić to wszystko…

W każdym razie, po przyjeździe Nowak zabrał mnie do hotelu, gdzie się umówił z Zosią. Wcześniej to zrobił, bo oni przyjechali samochodem przed nami. Nowak mnie odebrał, zawiózł tam i mówi, że Zosia przyjdzie o którejś godzinie, a on jest z Eichmannem i innymi umówiony, śniadanie mają. Zosia długo nie przychodziła, a on patrzył na zegarek zdenerwowany, że już powinien być na śniadaniu.

I w końcu Zosia przyszła.

Kazał mi schować się za drzwi, wita ją w takim przedpokoju i mówi: no, zgadnij co od Wali dzisiaj przywiozłem?

Co ona biedna tam mogła przysłać? – swoim głosikiem pyta Zosia. Ale coś tam przysłała, paczuszkę z dobrego serca.

Ja posłyszałam głos Zosi i zza tych drzwi wylazłam. Zosia jak mnie zobaczyła… jak sobie rzuciłyśmy się w ramiona… ryczałyśmy, ale ja otrzeźwiałam szybciej i mówię: Zosieńko, musimy stąd wychodzić. Potem zwróciłam się do tego Nowaka, żeby już szedł na to śniadanie. I znów do Zosi mówię, że my się musimy bardzo spieszyć, pan się spieszy na to śniadanie, ty się spóźniłaś i… Ja patrzę, gdzie ten Nowak?

A on przy oknie stoi i ryczy tak jak my. Zobaczył nasze powitanie.

Więc ja mówię, że musiał być Polakiem, dobrym człowiekiem. No i powiedział, że to nic nie szkodzi, on się i tak już nie spieszy.

Zosia mnie zabrała do tych ludzi, do których one chodziły pomagać w zamian za jedzenie. Do restauracji. Zawiozła mnie tam, przedstawiła, powiedziała, że siostra przyjechała i czy może przenocować? Tak, powiedzieli, oczywiście, że może. Myśmy tę noc przenocowały razem, a na drugi dzień pojechałyśmy do fabryki, w której pracowała Zosia. Poszła do swojego szefa prosić o wolne, a ja z nią. Powiedziała, że mam takie dokumenty, Marschbefehl. Zobaczył, zdziwił się, że przyjechałam, i pozwolił. Na siedem dni dostała wolne, na czas mojego pobytu.

Myśmy nocowały u tych właścicieli restauracji. Jak Henia i Lodzia mogły, to jeździłyśmy na Prater[8], zwiedzać Wiedeń… i w restauracji byliśmy z tym boczkiem. Miłe były czasy.

I już nadszedł termin mojego wyjazdu. Dziewczyny mówią nie jedź, nie wiadomo kiedy się zobaczymy, popatrz, front idzie, zostań na sobotę, niedzielę. I zostałam z nimi. Z Zosią się umówiłam, że przyśle telegraf, że jestem ciężko chora, że zachorowałam. I że przyjedzie do mnie, do Krakowa, i ja załatwię, żeby już nigdy nie wyjechała, i będziemy razem.

Odprowadziły mnie we trójkę do pociągu, siadłam do tego przedziału pełnego Austriaków. Nie byli źli ludzie, a ja ryczałam, łzy miałam na poczekaniu, teraz też mam… ale już nie płaczę tak spazmatycznie przynajmniej. Tak ryczałam, że ci Austriacy podawali mi herbaty z termosu i koniaczku dali mi chyba. Kropelkę jakąś mieli, ci pasażerowie. Chcieli mnie wyciszyć i nie mogli znaleźć sposobu.

Ale najgorsza sprawa, że ujechaliśmy kilka czy kilkadziesiąt kilometrów, przychodzi ten biletarz sprawdzać bilety, a ja mam Marschbefehl, nie cywilny bilet, więc muszę do wojskowego wagonu się przenieść. I przetransportował mnie, bo ja nie mam prawa jechać tutaj. Ci ludzie się upominali, prosili. Nie, jak Marschbefehl to tam.

I przyjechałam do tego Krakowa, przychodzę, a Eichmann mówi, że stracił do mnie zaufanie.

Przyjechałam dwa dni za późno, a oni się martwili, bo ja ich narażałam. Oni wydali taki papier dla takiej gówniary jak ja, a to nigdy nie wiadomo, może jakiś goniec, może dokumenty miał przewozić. Mieli ogromną odpowiedzialność i bardzo się martwili, ciągle pytali i w końcu Eichmann mówi: widzisz, zawiodłaś moje zaufanie, a miałem ci następnym razem dać do brata. Bo wiedział, że jeszcze mam brata. W niedługim czasie dostałabyś pozwolenie, ale dlatego, że się spóźniłaś dwa dni, to nie dostaniesz.

Wtedy miałam żal do niego ogromny. I już nie dostałam. I tak zwiedziłam Wiedeń w tym czasie z dziewczynami. Ktoś miał taki aparat malutki, tam byli też Polacy, ktoś nam towarzyszył z tym aparacikiem, zrobił takie malutkie zdjęcia. Bo dziewczyny nie miały aparatu…

To już musiał być czterdziesty czwarty rok?

Już musiał być. Bo to już później koniec był wojny, już ci Austriacy czekali na koniec wojny. Chcieli się pozbyć Niemców… przynajmniej ci właściciele restauracji, u których mieszkałyśmy. I inni ludzie jak się dowiedzieli, że jestem z Krakowa, pytali, co tam słychać i bardzo się interesowali. Może się bali o własną skórę, dlatego tak wypytywali, ale robili wrażenie, że też czekają na jakieś wyzwolenie. Przynajmniej ja takie odniosłam wrażenie…

Bo myśmy tak czekali… więc wydawało się, że wszyscy czekają.

Przypisy:
[1] Miasto na Wołyniu (obecnie Ukraina), w II RP znajdujące się w powiecie rówieńskim. Miejsce zagłady Żydów podczas drugiej wojny światowej, jak również akcji UPA (Ukraińskiej Armii Powstańczej), której liczby ofiar nigdy nie ustalono.
[2] Brat, najstarszy z trójki rodzeństwa.
[3] Miasto oddalone o 65km od Korca, niegdyś największa aglomeracja w województwie wołyńskim (1921–1939).
[4] Nieistniejąca wieś w dawnym województwie wołyńskim. Dziś tę nazwę nosi miejscowość w gminie Wilków, w powiecie opolskim, w województwie lubelskim.
[5] Stefania Sempołowska (ur. 1 października 1869, zm. 31 stycznia 1944). Polska działacza m.in. na rzecz pomocy więźniom politycznym ujętym podczas Rewolucji 1905 roku.
[6] Niemiecki odpowiednik imienia Jadwiga. Od germ. „haduwig”, „hadwig”, oznaczającego walkę. Do polskiego języka imię weszło przez formy takie jak Hedwiga, Hadwiga, i ostatecznie Jadwiga.
[7] Dosł. „rozkaz wymarszu”. Zazwyczaj dokument wojskowy wystawiany przez przełożonego, uprawniający do podróży i otrzymania pomocy w jej trakcie. W nazistowskich Niemczech wystawiany był także cywilom, np. członkom Organizacji Todt.
[8] Wiener Prater, park publiczny w Wiedniu, rozciągający się na obszarze 1700 hektarów pomiędzy Dunajem a Kanałem Dunajskim. Niegdyś tereny łowieckie Habsburgów.