JCK

Bardzo krótki post o tym, dlaczego jestem przeciwny wprowadzeniu jednolitej ceny książki.

Od jakiegoś czasu głośno jest o projekcie ustawy, której przepisy wprowadzałaby stałą cenę książki. W skrócie mówiąc: przez pół roku wszędzie ma ona kosztować tyle, ile wydrukowano na okładce. Żadnych promocji, żadnych obniżek – z wyjątkiem targów książki.

Komu się to opłaca? Pewnie wielu podmiotom, skoro projekt przedstawiany jest jako branżowy? Niezupełnie. Ale jasne, skorzystają na tym największe wydawnictwa, duże sieci i najpoczytniejsi autorzy – czyli wszyscy ci, którzy mają pozycje już mocno ugruntowane. Kto straci? Mniejsi wydawcy, mniejsze sieci księgarń i mniej popularni autorzy, w szczególności debiutanci. I moim zdaniem czytelnicy.

Dlaczego? Posłużę się przykładem, bo tak się składa, że jakiś czas temu w końcu z zupełnie niewiadomych przyczyn znudziło mi się odkurzanie i zainwestowałem w robota, który teraz odbija się od ścian w mieszkaniu. Po sprawdzeniu cen w różnych miejscach zauważyłem, że w sklepie producenta robot jest o prawie 1000zł droższy niż w jednym z elektromarketów. Napisałem więc maila z pytaniem: o co chodzi? Market sprzedaje jakiś wybrakowany towar, poprzednią generację, czy jak? Dostałem odpowiedź, że nie. Po prostu taka jest obecnie polityka cenowa tego partnera. Kupiłem więc tam, gdzie taniej.
W myśl stałej ceny taki robot w elektromarkecie kosztowałby dokładnie tyle, ile ustalił producent.

„Ale panie, porównujesz pan roombę do książek? Wstydź się pan”, może ktoś powiedzieć. Tyle że nie porównuję niczego. Mam na myśli mechanizmy rynkowe, dla których nie ma znaczenia, czy ktoś kupuje dewocjonalia, czy środki antykoncepcyjne. Działają tak samo. Znaczy mechanizmy, a nie… Mniejsza z tym.

Inny argument jest taki: jeśli ustawa wejdzie w życie, wydawcy będą ustalać niższe ceny okładkowe. No, pewnie tak. Tylko o ile? W przypadku największych bestsellerów nie będzie to duży spadek, bo oficyny wyjdą z założenia, że książka i tak się sprzeda. A jeśli chodzi o debiutantów i mniej znanych autorów? Pewnie, trzeba ustalić niższą cenę, bo ryzyko duże – co jeśli książka nie chwyci? Przecież nie można będzie w razie czego obniżyć jej ceny do 19,99zł i liczyć na to, że dzięki temu więcej Czytelników jednak sięgnie po nieznanego autora. A właściwie to po co w ogóle tak ryzykować? Lepiej wydać jakiegoś znanego pisarza i spokój.

Kolejny argument: wielkie sieci księgarń w końcu przestaną terroryzować mniejsze podmioty narzucaniem cen. Nie wiem, jak Wy, ale ja zazwyczaj tańsze książki znajduję w tych mniejszych sieciach, które muszą czymś przyciągnąć klienta, więc decydują się na takie czy inne promocje. Przy stałej cenie wszędzie będą kosztowały tyle samo, więc kogo wybiorę? Tego, kto ma szybszą – albo nawet darmową – dostawę. Ergo wielką sieć, która może sobie na takie rzeczy pozwolić.

Dobra, ale dlaczego niektórzy autorzy są za? Z różnych przyczyn – niektórzy stoją na stanowisku, że w dłuższej perspektywie ceny spadną, wartościowsze książki będą mniej kosztować etc. Do tego dochodzi fakt, że wszyscy, którzy są na topie, będą więcej zarabiać – i naprawdę trudno temu zaprzeczyć. W dodatku pisarze zyskają coś, o co wielu walczy od lat: większą przejrzystość w rozliczeniach z wydawcami. W tej chwili bowiem trudno jest zweryfikować, czy egzemplarz został sprzedany za 24,50zł czy za 32,90zł – a wynagrodzenie liczy się jako procent ze sprzedaży. W przypadku stałej ceny wystarczy informacja o liczbie sprzedanych egzemplarzy, a rachunek będzie prosty.

A na koniec Chyłka, jako wisienka na torcie (tudzież sombrero na tequili). Na Egzekucji widnieje cena okładkowa 42,90zł. Czy obecnie jakikolwiek podmiot w łańcuchu sprzedaży się nią sugeruje? Czy którakolwiek księgarnia w ogóle patrzy na nią, zanim ustali swoją cenę sprzedaży? Nie. Bierze pod uwagę to, za ile sama będzie w stanie ją sprzedać. Bo to jest dla niej istotne – a nie to, co wydawca wydrukował na okładce.
To jaka będzie cena nowej Chyłki, jeśli ustawa wejdzie w życie? Nie mam pojęcia. Ustalać będzie ją wydawca na podstawie tych samych mechanizmów rynkowych, które działają wszędzie indziej – oszacuje popyt, nakłady finansowe i inne czynniki kształtujące cenę, a potem klamka zapadnie. I przez pół roku książka będzie wszędzie kosztować tyle samo, bez względu na realny popyt. Nie wspominając o tym, że jakakolwiek promocja cenowa w przedsprzedaży będzie ustawowo zabroniona.

I tak, uważam, że książki w Polsce są za drogie. Ale zakaz rabatowania przez pół roku nie jest w moim przekonaniu rozwiązaniem, tylko pogłębieniem problemu.

Dobra, na koniec jeszcze jeden argument, bo darzę go wyjątkową sympatią. „Ale w Niemczech to działa”.
Brak ograniczenia prędkości na autostradach też. Ale czy to znaczy, że powinniśmy znieść ten limit u nas?

PS Gdyby ktoś chciał wyrazić sprzeciw, podrzucam link do petycji rozpoczętej przez Daniela Muniowskiego ze Strefy Czytacza: https://www.petycjeonline.com/niedlajednolitejcenyksiazek.

List branży przeciwko JCK: https://lubimyczytac.pl/sprzeciw-wobec-ustawy-o-ochronie-rynku-ksiazki-list-otwarty
I argumenty drugiej strony: https://lubimyczytac.pl/ustawa-o-ochronie-rynku-ksiazki-petycja-czytelnikow-i-rozmowa-z-sonia-draga